Making of

Materiały Video

 

Fotografie

 

 

Jak Bóg działał na planie filmowym „Boga w Krakowie”?
(fragmenty książki M. Pabis „Bóg w Krakowie”)

 

***

Bóg na planie filmu Bóg w Krakowie działał w różny sposób. Przyniósł – już na etapie tworzenia – różne owoce, a wśród nich życie. Ludzkie życie. Wyczekiwane, wyproszone, ale zupełnie niespodziewane…

Kiedy Darek Regucki zaproponował Karinie Seweryn rolę w filmie, początkowo chciała odmówić. Dostała rolę w temacie, który przeżywała wraz z mężem od lat. Małżonkowie pragnęli mieć dzieci, walczyli o nie i nic. Cierpieli… Reżyser nic nie wiedział o tym problemie, a jednak wybrał ją… Pani Karinie nie było łatwo powiedzieć „tak”. Zwyczajnie się bała, czy będzie umiała oddać „artystycznie” to, z czym borykała się na co dzień. Nie chciała na planie pokazywać swoich emocji, przeżyć, ale zagrać to, co zaplanował reżyser. Zgodziła się, zaufała. Pomyślała, że może oderwie się, przeżyje ciekawą przygodę, a może nawet ta swoista „psychodrama” pozwoli jej wyzwolić się z cierpienia. – „A co tam, rzucę się na głęboką wodę…” – pomyślała. Trudny moment pojawił się podczas pierwszej próby z reżyserem.

– Darek chyba trochę nawet się przestraszył. Buntowałam się, że tam właściwie ślizgamy się po problemie, pomijając cały koszmar ludzi, którzy cierpią z powodu niepłodności. Dopiero potem zrozumiałam, że reżyser ma inną wizję niż ja i muszę się jej poddać – wyjaśnia aktorka. Karina Seweryn gra w epizodzie, który opowiada o małżeństwie cierpiącym z powodu braku dziecka. Lekarze są bezradni, nie mogą ustalić przyczyny niepłodności. Małżeństwo w końcu trafia do ośrodka adopcyjnego i adoptuje dziecko.

– Dla mnie nie było to takie proste. Razem z mężem przeszliśmy już przez niemal wszystkie etapy walki. Choć bardzo cierpiałam, przestałam już chyba liczyć na to, że zostanę mamą – przyznaje.

Praca na planie okazała się – jak wspomina – wspaniała. Jak podkreśla, choć brała już udział w różnych realizacjach, ta była szczególna.

– To nie była tylko praca. Dla nas było ważne także to, żeby nawzajem spotkać się ze sobą. Czuło się niezwykłą atmosferę. Nie było nerwów i tarć – zaznacza.

Tego, co stało się potem, pani Karina nie spodziewała się w najśmielszych snach.

– Zaraz po tym, jak zagrałam zadaną mi rolę, zaszłam w ciążę! Tego, co czuję, siedząc tu i rozmawiając z panią, a jednocześnie patrząc na mój duży już brzuch, nie da się opisać. Nie musiałam jak moja filmowa postać zmagać się z adopcją. Zostało mi to zaoszczędzone. Można powiedzieć, że to cudowne dziecko filmu Bóg w Krakowie! To jest niezwykła historia i niezwykły zbieg okoliczności. Możemy dziś z mężem dziękować Panu Bogu, że w taki – można powiedzieć zabawny sposób – sprawił nam tak niezwykłą niespodziankę – mówi mi pani Karina i dodaje, że sama wiadomość, że nosi nowe życie, wzbudziła w niej ogromną radość, ale jednocześnie strach, czy wszystko będzie dobrze. Gdy rozmawiamy, dzidziuś ma już sześć miesięcy. – Mam nadzieję, że ten film i epizod, w którym zagrałam, będą niosły dla ludzi nadzieję – mówi Karina Seweryn.

***

Życie pisze różne scenariusze. Człowiek w najśmielszych snach pewnie by takich nie stworzył… Dzidziuś pani Kariny nie jest jedyny, jaki począł się po nakręceniu scen do filmu Bóg w Krakowie. Tatą został także w grudniu 2015 roku Przemysław Redkowski – filmowy mąż Kariny Seweryn.

– Mam już czteroletniego synka i z żoną czekaliśmy, kiedy pojawi się w naszej rodzinie kolejny dzidziuś. Okazało się, że już w grudniu dołączyło do naszej rodziny drugie dziecko – prawdopodobnie córka, choć taką pewność będziemy mieli dopiero, gdy się urodzi – mówi i dodaje, śmiejąc się, że synek nie jest zadowolony, bo chciał brata, żeby się z nim bawił.

Wracając do swojej roli w filmie, mówi, że grał w epizodzie, który dotyka palącego dziś problemu.

– Ja już nawet wśród swoich znajomych zauważam to, że wielu stara się bezskutecznie o dziecko. Ale tak już dziś jest, że ludzie decydują się na dziecko później, a im później, tym trudniej. Najpierw zapewniamy sobie pieniądze, pracę, stabilizację, a potem dopiero chcemy mieć dzieci. I tu często pojawia się duży kłopot – zauważa.

***

Jadwiga Lesiak opowiedziała nam to, co sama odkryła, i co stało się dla niej źródłem niezwykłego dotknięcia Bożego Miłosierdzia:

– 21 sierpnia pięćdziesiąt lat temu brałam z moim już, niestety, nieżyjącym mężem ślub. Jak Darek zaproponował mi rolę w tym filmie, bardzo się ucieszyłam. Wówczas wiedziałam tylko, że mam zagrać scenę z Jurkiem Trelą – odnowienie przyrzeczeń małżeńskich w pięćdziesiątą rocznicę ich złożenia. Byłam na wakacjach w górach, kiedy dostałam telefon od Kasi, szefowej produkcji, która podała mi datę. „Zaczynacie 21 sierpnia sceną z panem Trelą” – powiedziała mi. Zgodziłam się, pobiegłam na górę, żeby to sobie zapisać i nagle dotarło do mnie, że właśnie w tym dniu pół wieku temu brałam ślub z moim mężem. Potem, kiedy odbywałam próbę z reżyserem, dowiedziałam się, że do scenariusza została dopisana jakaś scena z Jurkiem, moim filmowym mężem. Czytałam ją i okazuje się, że pierwsze słowa, które mam do niego wypowiedzieć – on jest gdzieś na górze, ja na dole – brzmią: „Henryk, gdzie Ty jesteś?”. A mój mąż miał na imię Henryk. Taka jest prawda. Bóg wie, co robi.

***

Czas spędzony w nocy na Wawelu chyba na wszystkich zrobił niesamowite wrażenie. Rafał Zawierucha, który wcielił się w rolę Gilberta, młodego polityka, mówił mi:

– Dostałem propozycję zagrania Gilberta. Przeczytałem historię tego epizodu i mi się spodobał. Jest to młody chłopak, polityk, który przyjeżdża z Francji. Historia jest bardzo ciekawa. Chyba dla każdego z nas ważne jest pytanie, co to jest ten Kościół, ale także gdzie ja jestem i gdzie jest Bóg. Lubię sobie takie pytania też zadawać. Myślę więc, że gdzieś tu idzie taki przekaz, żeby w różnych – dobrych i złych – momentach w życiu odnajdywać w sobie te relacje. I wierzyć po prostu, że Bóg się opiekuje tym wszystkim. Jest pięknie. Jestem niesamowicie zadowolony, że mogę być w katedrze w nocy. Wawel tylko dla nas. Pray at Wawel.

***

W rolę Julki wcieliła się młoda aktorka Kamila Pieńkos. Blisko trzydziestoletnia wrocławianka kilka lat temu skończyła studia na Wydziale Aktorskim Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w swoim rodzinnym mieście. Jest bardzo utalentowana – gra na klarnecie, saksofonie i pianinie, a także śpiewa. Obecnie pracuje w krakowskim teatrze Bagatela.

Dokładnie w jej dwudzieste ósme urodziny zadzwonił telefon. Krakowski reżyser – Dariusz Regucki – zaproponował jej rolę w filmie. Chciał, żeby zagrała Julkę – postać związaną z wątkiem połączonym ze św. Ritą.

– Myślałam, że to żart. Że ktoś robi mi urodzinową niespodziankę. Tymczasem wszystko działo się naprawdę – wspomina Kamila Pieńkos.

Aktorka w tym momencie sięga pamięcią do czasów swoich studiów. Kiedy była na trzecim roku, koleżanka opowiedziała jej o św. Ricie. Dostała od niej także modlitwę. „Módl się do niej codziennie” – usłyszała. I zaczęła się z nią „zaprzyjaźniać”. Kiedy więc od reżysera usłyszała o św. Ricie, była szczęśliwa. Dla Kamili Pieńkos niesamowite było to, że dostała rolę, z którą w pełni się utożsamiała.

– Moja postać to dziewczyna przed trzydziestką, szukająca miłości i swojego miejsca w życiu. Dlaczego miałam nie przyjąć tej propozycji? Tym bardziej że film, w którym zagrałam, niesie ze sobą wartości, które są mi bardzo bliskie – zaznacza młoda aktorka. – Scena w kościele św. Katarzyny była nagrywana w niedzielne popołudnie. Wcześniej uczestniczyłam z mężem w pielgrzymce rodzin archidiecezji krakowskiej w Kalwarii Zebrzydowskiej. Stamtąd szybko – na tyle, na ile było to możliwe, bo korek był od samego sanktuarium – wracaliśmy do Krakowa, by móc uczestniczyć w zdjęciach. Przeżycie było niesamowite… Wielkie wrażenie zrobił na mnie fakt, że w tej scenie zagrało wielu statystów. Przyszli, poświęcili swój czas zupełnie bezinteresownie. Dla nich liczyła się idea, wartości. To, że w ten sposób mogli przyczynić się do ewangelizacji. Takich ludzi w tym filmie było wielu – jak udało mi się ustalić dwustu czterdziestu statystów. I to nie tylko z Krakowa. Z kilkoma osobami udało mi się nawet porozmawiać.

***

Nie tylko Brat Albert pojawia się w każdym epizodzie filmu. Odnajdujemy tam także tajemniczą postać, którą reżyser nazywa w scenariuszu różnie: turysta, zły duch, facet, barman (Maciej Słota). To czarny charakter, który kusi, źle podpowiada.

Z Maciejem spotykam się na planie już w pierwszym dniu, a on zdradza kulisy powstawania filmu i swojego udziału w nim.

–Darek dzielił się tym, co rodziło się w jego głowie. Pomysł dojrzewał. Po jakimś czasie dostałem do przeczytania wstępny scenariusz. Darek dał mi go do ręki i poszedł. Kiedy zapoznałem się z nim, zadzwoniłem do Darka i spotkaliśmy się na kawie. Zaczęliśmy rozmawiać o tym, jak zrobić film, żeby nie oderwać go od ludzi. Mówiliśmy o bardzo zawodowych rzeczach – dla nas, twórców, przeżywanie jest w momencie tworzenia, a nie w momencie końcowego efektu. Zastanawialiśmy się, jak zrobić ten film, żeby poruszyć serca ludzi. Rozmawialiśmy o wymiarze dobra i zła, jak to pokazać. Jak to ludziom przedstawić – opowiada.

Patrząc na Kraków, aktor nie ma wątpliwości, że tu działa Pan Bóg.

– Powiem więcej, On działa nawet w Nowej Hucie – mówi z przekąsem, nawiązując do tego, że była ona wybudowana i pomyślana jako miasto bez Boga, bez kościołów. – On działa wszędzie – dodaje.

Maciej Słota wyznał nam także i to, że poruszył go film Bóg w Krakowie.

– Powiem szczerze, że mnie nie interesuje tzw. recenzja filmu. My go robiliśmy dla widzów. Żeby ich poruszyć. Mam nadzieję, że zobaczy go wielu i coś im da – mówi.